środa, 21 grudnia 2016

Rozdział 16 "Szlaban w szpilkach"

Autor: Anna M. Waldorf


Uwaga! Uwaga! Datę urodzin Syriusza zmieniłam z listopada na styczeń. No cóż, tak mi było wygodniej :’D
Jeszcze trzy sprawy: 
1. Czy bardzo przeszkadzałyby wam małe odstąpienia od kanonu, albo realiów lat, w których żyli nasi bohaterowie? 
2. Mielibyście coś przeciwko delikatnemu (tak naprawdę to mocnemu) zepsuciu niektórych bohaterów, albo powiedzmy "pokazaniu swojej prawdziwej natury"? (ale to jeszcze nie w tym rozdziale)
3. Najważniejsza! Chciałam napisać wam o tym, iż mam nadzieję, że naprawdę polubicie Liz. Jest to moja ulubiona bohaterka (tak, jak Syriusz). Wiąże z nią wiele planów na blogu. Z Syriuszem w sumie też. Chociaż z Lily i Jamesem też XD

P.S. Napiszcie mi odpowiedzi na powyższe pytania z komentarzach, z góry dziękuję. 
P.S.2 W sumie to punkt trzeci nie jest pytaniem. O nie. 

Dziękuję za uwagę, miłego czytania! :)


Rozdział 16
"Szlaban w szpilkach"

            Lily, ubrana w gruby wełniany sweter siedziała na parapecie i obserwowała spacerujących po błoniach uczniów. Jedni z wypiekami na twarzach lepili bałwany, a inni rzucali w siebie śnieżkami biegając wokoło. Zbliżała się już pora kolacji, ale uczniowie jakby nie zdając sobie z tego sprawy, nie ruszali się z ośnieżonych błoni. Lily przeniosła swój wzrok na niebo i zapatrzyła się w ogromny księżyc, do pełni brakowało jedynie paru dni. Nagle dziewczynę olśniło. Gwałtownie zeskoczyła z posłania i wybiegła z dormitorium. Kosmyki rudych włosów spadały na jej twarz kiedy biegła pustymi korytarzami. Dziewczyna nie wiedziała jak skontaktować się z tym, którego szukała. Oczywiście mogłaby pójść do jego Pokoju Wspólnego, ale przecież nie znała hasła. W końcu w jej głowie zaświtało jedyne możliwe rozwiązanie. Po krótkim (ale jakże męczącym) biegu stała już w sowiarni i kończyła pisanie listu. Teraz tylko wystarczyło odczekać, aż adresat go przeczyta i mieć nadzieje, że przyjdzie się z nią spotkać.
Godzinę później zdenerwowana czekała w pustej klasie od eliksirów. Nagle usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Tajemnicza postać zbliżyła się i spojrzała na dziewczynę nieco zszokowana.

- Lily…?

- Potrzebuję twojej pomocy.

- Niby dlaczego miałbym ci pomóc? – na twarz chłopaka wkradł się kpiący uśmiech.

- Nie sądzisz, że jesteś mi to winny, Severusie? – Snape spojrzał na Lily. Od dwóch lat męczyły go wyrzuty sumienia. Na początku próbował ją przepraszać za to co stało się w piątej klasie, ale w końcu zdał sobie sprawę z tego, że ich przyjaźni nie da się już naprawić.

- W czym miałbym ci pomóc?

- W eliksirach.

- Słucham? Przecież jesteś świetna z eliksirów.

- Musisz pomóc mi w uwarzeniu wywaru tojadowego. Sama nie dam rady tego zrobić. Dobrze wiesz, jakie to trudne.

- Ale Lily, przecież to prawie niewykonalne. Nie sądzę żebyśmy dali radę. Poza tym, to chyba nie dla ciebie? – Severusa spojrzał podejrzliwie na dziewczynę.

- Nie, to dla… - Lily nie była pewna, czy może zaufać byłemu przyjacielowi i powierzyć mu sekret Remusa.

- Lupina. – dokończył za nią, a jej zdziwione spojrzenie zbył machnięciem ręki. Chłopak westchnął zrezygnowany.
Lily i Severus wspólnie zdecydowali, że pracę nad eliksirem zaczną już tego samego dnia. Wiedzieli, że zajmie im to dobre parę dni. Około północy Lily zaczęła zastanawiać się, czy aby nie szukają jej przyjaciółki albo czy co gorsza Huncwoci nie zobaczyli jej nazwiska na mapie.

- Zastanawia mnie dlaczego od razu nie wydałeś Remusa dyrektorowi albo komuś innemu.

- Naprawdę bardzo cieszy mnie to, że masz o mnie tak złą opinię, ale uwierz mi, to nie moim zadaniem jest robienie z życia innych piekła. – Lily wyczuła w wypowiedzi Snape’a nutkę goryczy. Wiedziała o czym mówi.

- Przepraszam. – powiedziała ledwie słyszalnie nad bulgoczącym kociołkiem.

- To nie ty powinnaś mnie przepraszać. To moje zadanie i cały czas mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz.

- Już wybaczyłam. – uśmiechnęli się do siebie i po chwili powrócili do warzenia eliksiru. W okolicach drugiej w nocy Lily cała w skowronkach, niosąca w torbie kilkanaście próbnych fiolek eliksiru, zmierzała w stronę wieży Gryffindoru. Wiedziała, że ani woźny Filch, ani jego kotka nie mogła jej nic zrobić. W dłoni ściskała coś w rodzaju zwolnienia od dyrektora, w którego gabinecie siedziała chwilę temu razem z Severusem. Dumbledore był wyjątkowo dumny, jak i zarazem wzruszony. Razem z wyrwanym ze snu profesorem Slughornem sprawdzili próbkę eliksiru i stwierdzili, że będzie on w stu procentach prawidłowy. Teraz pozostało jedynie poczekać, a potem dostarczyć go Remusowi.

            Następnego dnia ledwo żywa Lily w ślimaczym tempie pochłaniała swoją porcję jajecznicy. Śniadanie dopiero co pojawiło się na stołach, więc razem z nią w WS było może z dziesięć osób.  Kiedy skończyła posiłek wstała od stołu i ruszyła ku drzwiom. Jednak w połowie drogi usłyszała, jak ktoś po cichu wypowiada jej imię.

- Widzisz jaka jest zrozpaczona? Wygląda jakby nie spała od tygodnia. – szepnęła do swojej towarzyszki nieznajoma Lily dziewczyna. – Nie wierzę, że nie słyszałaś o ich zerwaniu. Cała szkoła o tym gada. – to co usłyszała dodało Lily energii i żwawym krokiem ruszyła do wieży Gryffindoru.

- Uwaga Liz, podaje gryps. – szepnął Syriusz widząc idącą w ich stronę Evans. – Lily. Zła. James. Kłopoty.

- Cholera, chyba potrzebuję więcej wytycznych. – dziewczyna odpowiedziała konspiracyjnym szeptem, co James skwitował tylko przewróceniem oczami.

- Dlaczego uważacie, że to akurat ja mam kłopoty?

- James, musimy porozmawiać. – odezwała się, stojąca już obok nich Lily.

- Ha! Ja zawsze mam rację James.

- Nie masz racji, Black i nawet nie próbuj mnie dzisiaj denerwować. Nie spałam w nocy nawet godziny.  – Syriusz zmrużył groźnie oczy, po czym tak jak wcześniej James tylko nimi przewrócił. Dokuczanie sobie było dla nich czymś normalnym.

Kiedy James i Lily odeszli na bezpieczną odległość, chłopak spojrzał pytająco na Evans. Nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele od pamiętnego wypadu do Hogsmeade, a minął już prawie tydzień.

- Kiedy wracałam ze śniadania usłyszałam, że cała szkoła plotkuje o naszym rzekomym rozstaniu. No, i przy okazji, że wyglądam na zrozpaczoną.

- Nie wyglądasz na zrozpaczoną, jedynie na kogoś z… problemami ze snem. 

- James… co się dzieje. – chłopak rzucił jej pytające spojrzenie. – z nami.

- Sądzę, że nasz czas na przemyślenia już minął i musimy pogadać. – spojrzała na niego wyczekująco. – Czyli mam zacząć? Okej… Po pierwsze uważam, że cała ta kłótnia była bez sensu, zresztą tak jak twoje zarzuty. Dlatego myślę, że powinniśmy o tym zapomnieć i żyć dalej. Rzecz jasna, razem.

- Ja po prostu jestem cholernie zazdrosna o te wszystkie dziewczyny, które na ciebie patrzą, albo się do ciebie odzywają. Mam ochotę walnąć każdą, która się do ciebie mizdrzy. I czuje, że kiedyś znajdzie się taka, która spodoba ci się bardziej niż ja.

- Głupoty gadasz i tyle. Powiedz mi ile lat za tobą latam? Prawie siedem. I uwierz mi, bez powodu bym się tak nie starał. No chodzi mi o to, że dla nikogo innego nie robiłbym z siebie idioty na oczach całej szkoły. Kocham CIEBIE i wiesz o tym ty i cała reszta. Przestań w końcu się bać i mi zaufaj. – Lily z uśmiechem wpatrywała się w Jamesa.

- Wow… Nieźle, Potter. Zwykle to ja wygłaszam ci takie przemowy. Długo nad tym myślałeś?

- Zamknij się Evans. – chłopak stłumił wybuch śmiechu dziewczyny nagłym pocałunkiem. Lily zarzuciła mu ręce na szyję i wplotła palce w jego wiecznie rozczochrane włosy, które kiedyś irytowały ją do granic możliwości, a teraz były nieodłączną cechą jej ukochanego. W końcu po „cichym tygodniu” między Potterem i Evans było tak jak być powinno. To samo z uśmiechami stwierdzili stojący nieopodal ich przyjaciele.


            Urodziny Syriusza zbliżały się wielkimi krokami. Oczywiście święto jednego z Huncwotów i przy okazji najpopularniejszych uczniów w szkole nie mogło obejść się bez hucznej imprezy. Przygotowania nie były największym problemem, bo Pokój Życzeń „załatwiał” wszystko, czego potrzebowali. Gorzej miały panie. Im pozostała jeszcze kwestia wybrania odpowiedniej kreacji. W końcu na urodzinach miała pojawić się praktycznie cała szkoła. No i naturalnie strój musiał spodobać się solenizantowi, tak przynajmniej uważała spora część dziewczyn. Drugą sprawą był prezent, który na szczęście przyjaciele Syriusza załatwili już wcześniej. Jednak inni nie byli tak dobrze przygotowani. Powstawało coraz więcej pomysłów takich jak wyskoczenie toples z tortu lub coś równie kreatywnego. Na każdy z takich pomysłów Liz dostawał białej gorączki i łypała groźnie na ich twórczynie.
Dwudziestego stycznia, około godziny osiemnastej, w dormitorium Huncwotek rozpoczęły się przygotowania. Dziewczyny od październiki zdążyły stać się dobrymi przyjaciółkami. Nawet Dorcas i Liz zakopały topór wojenny (chociaż obie nadal twierdzą, że przecież żadnej wojny w ogóle nie było). Carmen za to była dla Liz jak siostra, stały się nierozłączne.
Po dwóch godzinach żmudnego czesania włosów, malowania paznokci i dobierania makijażu cała piątka była gotowa na urodziny Łapy. Oczywiście sam Syriusz nie miał o niczym pojęcia. Z samego rana od każdego z przyjaciół otrzymał krótkie życzenia i na tym koniec. Najgorsze było to, że profesor McGonagall wlepiła mu szlaban. W dzień jego urodzin! Niewiarygodne. Oczywiście cała akcja była wcześniej zaplanowana przez Huncwotów. Lily, która miała pilnować go podczas wykonywania kary ruszyła do lochów, gdzie czekać miał na nią Syriusz. Wychodząc zza rogu zobaczyła opierającego się o ścianę naburmuszonego chłopaka. Gdy ten usłyszał stukot  szpilek o marmurową posadzkę zwrócił głowę w jej kierunku.

- Czy to jest jakiś rocznicowy szlaban, że zaszczyciłaś mnie takim strojem? Mam iść po szampana?

- Nie wygłupiaj się Syriuszku. Lubię się tak czasami po prostu wystroić bez okazji. – Black spojrzał na nią zdziwiony i wydał się z siebie tylko ciche „okej…”. – Idziemy do tych kociołków, czy z okazji moich osiemnastych urodzin odpuścisz mi szlaban? – zapytał z huncwockim błyskiem w oku.

- Nie mogę Syriuszku. Przecież wiesz, że jestem tylko głupiutkim prefektem, który wykonuje polecenia mądrzejszych i lepszych od siebie. – chłopak zszokowany spojrzał na przyjaciółkę, która ostatnie zdanie wypowiedziała przez zaciśnięte zęby. Okej, Coś tu ewidentnie nie grało. – No dobrze Syriuszku, idziemy. – nie czekając na jego odpowiedź ruszyła w przeciwnym kierunku. Skonsternowany Black nie mógł zrobić nic innego, jak pójść za nią. Po krótkiej wędrówce doszli pod ścianę prowadzącą do Pokoju Życzeń. Lily uśmiechnęła się porozumiewawczo do Syriusza i przeszła wzdłuż niej trzy razy. Kiedy w ścianie pojawiły się wielkie drewniane drzwi, spojrzała na chłopaka z oczekiwaniem, dając mu do zrozumienia, że to on ma je otworzyć. Po chwili dwójka przyjaciół stała sama w pustej sali. Nagle nie wiadomo skąd wokół nich pojawiło się mnóstwo ludzi, a sala wypełniła się stołami z jedzeniem i alkoholem, miejscami do siedzenia, parkietem oraz sceną. Wszyscy razem krzyknęli „niespodzianka” i rozpoczęła się długo wyczekiwana przez wszystkich impreza. Toasty, życzenia, prezenty.

- Mój drogi przyjacielu, chciałbym ci życzyć pieniędzy, dziewczyny i spełnienia marzeń, bo to jest chyba najważniejsze. – złożył Syriuszowi życzenia James ignorując „kasa przede mną?!” rzucone przez Lily. – a teraz czas na gwóźdź wieczoru! – krzyknął na całą sale Potter. – prezent ode mnie, Liz, naszych rodziców, Lily, Remusa, Petera, Dorcas, Ann, Carmen i Aarona… masz zbyt wielu przyjaciół. Prawie dostałem zadyszki. – Syriusz jedynie śmiejąc się przewrócił oczami. – O a za karę, za niekulturalne zachowanie i mówię tu o tym twoim przewracaniu oczami, zobaczysz go dopiero po imprezie. Dziękuję za uwagę. – cała sala wypełniła się śmiechem, a Syriusz rzucił tylko krótkie „nie denerwuj mnie”.
Impreza rozkręciła się na dobre. Ludzie tańczyli, rozmawiali, jedli i pili. Kiedy Syriusz, James i Aaron opróżniali nie wiadomo, który z kolei kieliszek podeszła do nich Liz i zwróciła się do Blacka.


- Nie złożyłam ci jeszcze życzeń. - chłopak spojrzał na nią z oczekiwaniem. - a zatem… życzę ci szczęścia, spełnienia marzeń, wymarzonego auta, góry pieniędzy, najlepszych przyjaciół, ale takich chyba już masz – mówiąc to spojrzała na śmiejących się Huncwotów i dziewczyny. – żebyś dobrze sypiał, żeby twoje łóżko było wygodniejsze*, ale najważniejsze, chcę żebyś wiedział, że zawsze będziesz dla mnie bardzo ważny. Chociaż inni nie wiedzą w sumie o niczym co było, jest między nami, mam nadzieję, że ty zawsze będziesz o tym pamiętał. I miej świadomość, że od dwóch lat każde święta i wakacje były dla mnie najlepszymi chwilami w roku. – kiedy skończyła mówić, delikatnie pocałowała chłopaka w usta i odeszła w kierunku przyjaciół. Syriusz jeszcze przez chwilę stał w tym samym miejscu, a potem z uśmiechem na twarzy dołączył do reszty bawiących się gości. Oczywiście, że wiedział, jak ważny jest dla Liz, a ona na pewno wiedziała, że jest tak samo ważna dla niego. Tylko ona znała prawdziwego Syriusza. Chłopaka, który na co dzień przywdziewał maskę chamskiego gnojka, podrywacza. To przy niej czuł się najlepiej. Nie przy Dorcas, ani nawet przy Jamesie. Choć sam Syriusz nie wierzył w istnienie czegoś tak irracjonalnego jak bratnie dusze, to może dzięki Elizabeth chociaż spróbowałby uwierzyć?

Kiedy impreza dobiegła końca, czyli oczywiście [dop.aut.: no oczywiście] grubo nad ranem, ledwo trzymający się na nogach Huncwoci oraz ich towarzyszki postanowili pokazać w końcu Syriuszowi jego wymarzony prezent.

- Kupiliście mi motor?! 



____________________________________

* Ha, a ja wiem o co chodzi, a wy jeszcze nie :D











Jeszcze żyję!

Przepraaaaaaaaaaaaaaaaaaaaszam bardzo mocno za tak długą przerwę :(

Ale bloga nie zawieszam i nowa notka na pewno się pojawi! :D

piątek, 25 marca 2016

Rozdział 15 "Wątpliwości"

Autor: Anna M. Waldorf

Zapraszam do czytania. J

Rozdział 15
"Wątpliwości"

            Zima tego roku zachwycała swoim pięknem. Śnieg sięgającym wszystkim po kolana, oszronione szyby, na których wielu rysowało przeróżne kształty, wieczory spędzone przy kominku z kubkiem gorącej herbaty w ręku. Pomimo niskiej temperatury wielu uczniów wychodziło z zamku na spacer, ulepić bałwana, czy porzucać w siebie śnieżkami.
Do egzaminów pozostało jeszcze pół roku, ale nauczyciele codziennie zadawali mnóstwo pracy domowej, za czego przyczynę podawali „nieuchronnie zbliżające się OWUTEMY”. Większość uczniów, w tym nawet Lily, nie zwracało jednak uwagi na gadanie nauczycieli i cieszyło się urokami zimy. Niektórzy nawet szykowali się do spędzania swoich osiemnastych urodzin. Mowa tu o Syriuszu, który był najstarszy z całej gromadki. Jak przy każdych urodzinach wypadałoby wyprawić przyjęcie, no i oczywiście kupić prezent.
- Czyli wasz tata to załatwi? – zapytał Remus siedzących obok niego Jamesa i Liz.
- Mówił, że tak. Dodatkowo pogadał z dyrektorem i tamten zgodził się to tu przetransportować.
- No to super. Prezent mamy załatwiony. Teraz co z imprezą.
- Wydaję mi się, że najlepiej będzie jak zrobimy coś prostego, żadnych wymyślnych rzeczy.
- A gdzie?
- Najlepiej w Pokoju Życzeń.
- Może przy okazji dałoby radę namówić Dumbledora na jakieś wyjście do Hogsmeade. - Namówienie go należało do zadań Lily i Jamesa. Albus Dumbledore wyjątkowo lubił śledzić losy świeżo zaręczonej pary (oczywiście nie żeby ich śledził, ale ściany mają uszy). Miał też słabość do każdego z osobna. Lily była jedną z najlepszych uczennic i to dzięki niej Potter robił nieco mnie dowcipów. Z drugiej strony zawsze śmiał się z kawałów Huncwotów i niechętnie ich za nie karał.

- I co? Zgodził się?
- Pewnie. Ale dziwne jest to, co powiedział. – Liz spojrzała pytająco na Jamesa stojąc obok niego przed klasą do transmutacji. – Powiedział, żebyśmy pamiętali o nim przy wypisywaniu zaproszeń. – dziewczyna parsknęła śmiechem i poklepała brata po ramieniu.
- Na razie wie tylko on, niedługo ktoś wygada i dowie się cała szkoła. Dodatkowo jestem prawie pewna, że nauczyciele też wiedzą. Bo niby z jakiego powodu McGonagall uśmiechałaby się do ciebie? – nauczycielka wpuściła uczniów do klasy i czekając, aż każdy znajdzie się na swoim miejscu stanęła przed swoim biurkiem. Parę minut później zaczęła lekcje. Lily słuchała uważnie słów nauczycielki kiedy na jej ławce wylądowała koperta z napisem „Otwierają tylko dziewczyny”. Lily wyciągnęła z niej dwie złożone karteczki. Jedną z imieniem „Syriusz” i drugą z imieniem  „James”. Z ciekawością  otworzyła pierwszą, z napisem „James”. Były na niej wypisane, na dodatek tym samym pismem, imiona i nazwiska około dziesięciu dziewczyn. Była pewna, że na liście wymienione były poprzednie partnerki Jamesa, ale wiedziała, że może chodzić o coś jeszcze innego. Ostrożnie włożyła liścik z powrotem do koperty i sięgnęła po listę Syriusza, niejaka Sarah rozpoczynała listę Łapy. Lily postanowiła nie przekazywać liściku dalej, tylko przechować go i później pokazać Liz, choć w gruncie rzeczy sama nie wiedziała dlaczego akurat jej.

Po ostatniej godzinie Eliksirów wszyscy rozsiedli się w Pokoju Wspólnym. Lily podeszła do siedzącej obok brata Elizabeth.
- Możemy pogadać? – dziewczyna kiwnęła głową i razem z Evans ruszyły do dormitorium. Lily wyciągnęła z kieszeni kopertę i podała ją Liz.
- No proszę. Komuś się ewidentnie musiało nudzić żeby robić takie coś. – Elizabeth podarła kopertę, a podarte kawałki wyrzuciła do kosza.
- Wiedziałaś, że obaj byli… mieli tak bujne życie towarzyskie?
- Wiedziałam… Ale chcesz mnie zapytać o coś jeszcze, prawda?
- Wydaję ci się.
- Martwi cię to, że mój brat miał już, że tak to ujmę, parę dziewczyn. Boisz się, że nie jesteś taka jak one i, że będzie czegoś od ciebie oczekiwał. A ty nie czujesz się na to gotowa. – Lily spojrzała na dziewczynę zaskoczona.
- Możliwe. Chodzi o to, że nie jestem taka jak jego poprzednie dziewczyny. Cały czas czuję, że on się może mną po prostu znudzić.
- Masz rację, nie jesteś jak jego poprzednie dziewczyny. Jesteś o wiele lepsza. I wiesz jaka jest największa różnica między nimi, a tobą? – Lily uniosła pytająco brew patrząc na Liz. – Znaczy się są dwie. Pierwsza jest taka, że to ciebie naprawdę kocha, a druga że może i była jakaś pierwsza, ale to ty będziesz tą ostatnią. Będziesz jego żoną. Więc uwierz mi, nie masz się czym martwić. A jeśli nadal nie będziesz przekonana do tego, co mówię to porozmawiaj z Jamesem.



Tydzień później.
           
Obładowana książkami Lily szła korytarzem wracając ze szkolnej biblioteki, kiedy na jej drodze stanęła zziajana Dorcas. Lily krzyknęła zaskoczona. Po chwili jednak uspokojona obdarzyła Meadowes pytając wzrokiem.
- Poprawiasz kondycję, czy przed kimś uciekasz?
- Muszę się wziąć za siebie. Ostatnio wyglądam przy tobie dość marnie. Ćwiczysz, czy przestałaś w końcu podjadać przed snem?
- Haha, przekomiczne. Nigdy nie podjadałam. Zawsze prowadziłam zdrowy tryb życia.
- Polemizowałabym. Ale w każdym razie, znalazłam cię.
- Szukałaś mnie?
- Nie, po prostu w przerwie od szukaniu sensu naszego istnienia szukam swoich przyjaciół. Tak dla rozrywki.
- Dor, słoneczko. Każdy dobrze wie, że sarkazm to moja cecha rozpoznawcza. Dlaczego mnie szukałaś?
- Powiedziałaś mu?
- Komu? Co?
- No Jamesowi, że nie jesteś gotowa i te sprawy.
- Po co miałabym mu to mówić… teraz?
- Czyli powiesz mu, kiedy zacznie cię napastować?
- Napastować? Dlaczego mój własny chłopak miałby mnie napastować?
- Mężczyźni to dzikie zwierzęta, których nie da się ujarzmić. – Lily słysząc to zaśmiała się i spojrzała rozbawiona na przyjaciółkę.
- Planujesz stworzyć jakiś feministyczny ruch w Hogwarcie?
- W sumie niezły pomysł. Zastanowię się nad ta opcją.
Rozmowa zajęła dziewczynom całą drogę powrotną do wieży Gryffindoru. Weszły do pustego dormitorium, a Lily odłożyła książki na swoje posłanie. Chwilę później z powrotem stały w Pokoju Wspólnym.
- Gdzie dziewczyny? – spytała rozglądając się po pomieszczeniu Dorcas.
- Pewnie siedzą u chłopaków. Idziemy?
- Nie wiem. – Lily spojrzała zdziwiona na przyjaciółkę. – Chyba nie mam ochoty.
- Oho, widzę, że przyda nam się tu jakaś babska rozmowa.
- Pójdziesz po Ann?
- A nie sądzisz, że będzie to trochę dziwne? Pójdę tam i co? Powiem: „Ann chodź na chwilę, ale Carmen i Liz, wy nie możecie iść”?
Dorcas posłała jej proszące spojrzenie. Zirytowana Lily, nic nie mówiąc ruszyła w stronę dormitorium Huncwotów. Bez pukania weszła do środka, zastając prawie wszystkich przyjaciół porozkładanych na podłodze. Brakowało tylko Jamesa, Syriusza i Liz. Lily omiotła spojrzeniem całe dormitorium szukając pozostałej trójki.
- Przed chwilą gdzieś wyszli. – wyjaśniła Carmen widząc zagubione spojrzenie Rudowłosej. – Ale nie wiemy gdzie. W sumie my też już idziemy. – wstała i spojrzała wyczekująco na swojego chłopaka. Uśmiechnęły się z Lily na pożegnanie i razem z Aaronem ruszyli w stronę Pokoju Wspólnego.
- Ann, Dorcas chcę z nami pogadać. – Blondynka wstała z podłogi i żegnając się wyszła z pokoju. Po chwili we dwie stały razem z Dor w PW*.
- Może pójdziemy na spacer po zamku? – propozycja Ann spotkała się z entuzjazm obu dziewcząt i parę minut później spacerowały już korytarzami Hogwartu.
- Mów Dorcas, co ci leży na sercu?
- No po prostu chodzi o to, że nie mam ochoty na towarzystwo Syriusza i Liz. Cały czas mam wrażenie jakby chciała mnie zabić spojrzeniem. – przyjaciółki spojrzały na siebie porozumiewawczo. Wiedząc o co chodzi Dor. Już od jakiegoś czasu między Elizabeth i Meadowes można było wyczuć napięcie. – Ja rozumiem, że ona lubi Syriusza, ale bez przesady. Jej nic złego nie zrobiłam.
- Dobrze wiesz, że on jest dla niej jak drugi brat. W pewnym sensie ją rozumiem.
- Ann ma rację, pamiętasz co opowiadał nam Remus? Zawsze trzymają się razem. A poza tym sądzę, że w końcu będziesz musiała się przemóc. Wszyscy jesteśmy przyjaciółmi. Nie możemy się dzielić na grupy. – Dorcas co prawda nie skomentowała wypowiedzi Lily, ale wiedziała, że przyjaciółki mają rację. Przecież nie mogła ciągle siedzieć sama w dormitorium. Nie mogła też kazać im wybierać pomiędzy nią, a resztą.


Następnego dnia w południe uczniowie szykowali się do wyjścia. Jedni planowali spróbować najróżniejszych smakołyków z Miodowego Królestwa, inni chcieli kupić sobie coś ładnego na zbliżającą się imprezę, a jeszcze inni po prostu napić Kremowego Piwa w swoim towarzystwie. Huncwoci oraz dziewczyny wybrali oczywiście trzecią opcję. Każdy trzymając w dłoni pełny kufel rozkoszował się chwilą spokoju. Po półgodzinie opuścili ich Lily i James, którzy postanowili wybrać się na krótki spacer. Szczelnie opatulona szkarłatno-złotym szalikiem Lily kierowała się w stronę zamku. Tuż obok niej szedł James, który trzymając swoją dziewczynę za rękę umiejętnie omijał uczniów idących w innym kierunku. Kiedy znaleźli się na zasypanych śniegiem błoniach, zamiast skierować się do zamku, ruszyli w stronę jeziora. Lily mocniej przylgnęła do chłopaka.
- Zimno ci? – dziewczyna pokiwała głową. – No to wracamy do zamku.
- James.
- Tak?
- Jesteś pewny?
- Tego, że wracamy? Raczej tak.
- Nie żartuj. Wiesz, że nie o tym mówię. – Potter pytająco spojrzał na Lily, a ta westchnęła i ruszyła dalej. Zdziwiony James pobiegł za nią.
- Lil! O co ci chodzi?
- Po prostu pytam, czy jesteś pewny co do tego wszystkiego, do nas, zaręczyn.
- Jak możesz w ogóle o to pytać. Przecież wiesz, że wszystko co mówiłem było na poważnie. Wiesz, że cię kocham i w ogóle.  
- Właśnie coraz częściej nachodzą mnie wątpliwości.  
- Słucham?
- Ja… nie wiem, czy jestem dla ciebie odpowiednia. Boję się, że za chwilę ci się znudzę, bo nie jestem tak rozrywkowa jak inne. – James już chciał jej przerwać, ale widząc minę Lily, postanowił się nie odzywać. – I na dodatek nie mogę patrzeć, na to jak inne dziewczyny cały czas się do ciebie uśmiechają i z tobą flirtują. – James zaczął analizować słowa dziewczyny.
- Nie uważasz, że przesadzasz? Mam przestać rozmawiać z ludźmi? Dobrze wiesz, że mi na tobie zależy. Nie uważam cię wcale za mało rozrywkową czy coś w tym rodzaju. Jak w ogóle możesz tak mówić. Myślę, że tobie chodzi o coś innego. Pewnie to ty nie jesteś pewna, co do naszego związku. Rozumiem, że mogły najść się wątpliwości co do zaręczyn. W końcu jesteśmy jeszcze młodzi. Ale nie mogę pojąć, jak w ogóle możesz wątpić w to co do ciebie czuję. Nie przypominam sobie żebym dał ci choć jeden powód żebyś tak myślała.
- James, ja… przepraszam. – Potter patrzył przez chwilę na Lily, po czym bez słowa skierował swoje kroku ku szkole, zostawiając na błoniach zszokowaną dziewczynę. – James! – chłopak odwrócił się i rzucił jej przelotne spojrzenie.
- Muszę ochłonąć. Porozmawiamy później, chyba że znowu najdą cię jakieś nieuzasadnione wątpliwości.
Stojąca nad brzegiem jeziora dziewczyna ganiła się w duchu za to co powiedziała. Jak mogła w ogóle pomyśleć, że James jej nie kocha. Sama odkąd zostali parą nigdy nie zwątpiła w swoje uczucia względem niego. Jej rozterki były spowodowane zwykłą zazdrością, a może i brakiem pewności siebie. Kiedy chłopak był już przy wejściu do szkoły spojrzał jeszcze raz na swoją dziewczynę, która myśląc że nikt jej nie widzi, rękawem płaszcza wycierała spływającą po jej rumianym policzku łzę.





* PW – Pokój Wspólny, WS – Wielka Sala. Nie każcie pisać mi tego za każdym razem. 


sobota, 19 marca 2016

Nie zabijajcie mnie.

Wiem, że jestem wredną zołzą i w ogóle, ale miałaś dość mało czasu na pisanie. :(
Mogę jedynie powiedzieć, że nowy rozdział jest już prawie cały napisany i czeka na dokończenie. :D


"- I co? Zgodził się?
- Pewnie. Ale dziwne jest to, co powiedział. – Liz spojrzała pytająco na Jamesa stojąc obok niego przed klasą do transmutacji. – Powiedział, żebyśmy pamiętali o nim przy wypisywaniu zaproszeń. – dziewczyna parsknęła śmiechem i poklepała brata po ramieniu.
- Na razie wie tylko on, niedługo ktoś wygada i dowie się cała szkoła. Dodatkowo jestem prawie pewna, że nauczyciele też wiedzą. Bo niby z jakiego powodu McGonagall uśmiechałaby się do ciebie? – nauczycielka wpuściła uczniów do klasy i czekając, aż każdy znajdzie się na swoim miejscu stanęła przed swoim biurkiem..."


Ania <3

poniedziałek, 12 października 2015

Rozdział 14 "Nie mówcie rodzicom"

Autor: Anna M. Waldorf

Rozdział 14
"Nie mówcie rodzicom"


DZIESIĘĆ!!!  DZIEWIĘĆ!!!

- Cieszę się, że spędzamy tego ostatniego sylwestra razem. Nie wymarzyłbym go sobie lepiej. – Remus i Ann stali objęci na tarasie wśród innych zakochanych par chcących spędzić ten moment razem.
- Wiesz, że to nie musi być nasz ostatni sylwester. – szepnęła blondynka, patrząc głęboko w oczy chłopaka. Nic nie potrafiłoby opisać ich szczęścia.

OSIEM!!!  SIEDEM!!!

Niedaleko Lupina i jego dziewczyny stali wtuleni w siebie Carmen i Aaron.
- Pamiętasz jak na początku roku spotykaliśmy się w schowku na miotły? – zaśmiała się carmen.
- Tak, szczyt romantyzmu to nie był.
- Wręcz przeciwnie, to była taka zakazana miłość. – chłopak zaśmiał się razem z dziewczyną
- Kocham cię Carmen Black.
- Myślałam, że skomentujesz to czymś w stylu „kobiety”, ale ja też cię kocham.
- Nie lubię być przewidywalny.

SZCZEŚĆ!!!  PIĘĆ!!!

- Nasz pierwszy sylwester. – uśmiechnął się Matt siedząc z Dorcas na ławce przed domem.
- Tak jest, mam tylko nadzieję, że nie ostatni.
- Póki co nie planuję żadnych, ale to żadnych zmian. – powiedział chłopak i pocałował Meadowes w czubek głowy. – Chyba żebym miał się gdzieś przeprowadzać. Słyszałem, że Londyn jest pod paroma względami ciekawszy od Barcelony.

CZTERY!!!  TRZY!!!

Liz i Syriusz z przejęciem czekali na rozwój wydarzeń. Siedzieli w pokoju Jamesa i Łapy. Byli tak ciekawi odpowiedzi Lily, że nawet nie mieli ochoty na dalszą cześć imprezy.
- Mam nadzieję, że się zgodzi. – szepnęła Liz i spojrzała na zegarek. – Za parę sekund północ. Może powinniśmy odliczać, będzie klimat. – zaśmiała się i razem z chłopakiem obserwowali każdy ruch wskazówki. – Ciekawe kogo pocałuje Peter, w końcu to jego pomysł. – Syriusz w skupieniu słuchał słów dziewczyny, jednak jeszcze zanim wybyła północ przybliżył się do niej, tak że ich twarze dzieliło parę centymetrów. Wreszcie ich usta złączyły się w wyczekiwanym pocałunku.

DWA!!!

- Wyjdź za mnie. – Lilianne nie mogła uwarzyć własnym zmysłom. James Potter klęczał przed nią z czerwonym pudełeczkiem w dłoni i prosił ją o rękę. Jej oczy zaszkliły się ze wzruszenia. Nie wiedziała co ma powiedzieć.
- James, ja… Tak.

JEDEN!!!

Chłopak wsunął pierścionek na palec swojej narzeczonej. Teraz dziewczyna na dobre rozpłakała się i wtuliła w Jamesa.  Lily nie wyobrażała sobie lepszego momentu na zaręczyny, no może oprócz wigilii, czy jej własnych urodzin. Przyjechała na imprezę w podłym nastroju, z zazdrością patrząc na każdą dziewczynę rozmawiającą z Potterem, a on tego samego wieczoru oświadcza się jej.
- Czyli za jakiś czas zostaniesz moją żoną, zamieszkamy razem i będziemy mieć dwójkę inteligentnych po tobie i czarujących po mnie dzieci.
- Zgoda, ale ja wybieram imiona i urządzam dom.
- O tych imionach jeszcze podyskutujemy, a póki co mamy na głowie dwójkę dużych dzieci, którzy we wszystkim mi pomogli i chyba by mnie zabili za przeciąganie tego wszystkiego.
- Ja tam przetrzymałabym ich trochę w niepewności. Na pewno sobie poradzą. Umówmy się, że znajdziemy ich o wpół do pierwszej.
- Czyli za dziesięć minut?
- O pierwszej.


 
      Czarnowłosa dziewczyna leżała pośród białej pościeli, chcąc jak najszybciej uciec z pomieszczenia. Obok niej leżał chłopak, który analizował to, co stało się chwilę temu. Wszystkie postanowienia poszły na marne. Elizabeth podniosła się z posłania i owinęła kołdrą kierując się do łazienki. Założyła na siebie sukienkę, opłukała twarz chłodną wodą i wróciła do pokoju. Na skraju łóżka siedział ubrany już Syriusz. Dziewczyna usiadła obok niego.
- Nic się nie wydarzyło. Najlepiej jak o tym zapomnimy. Jasne? – chłopak przeniósł swoje spojrzenie na nią i twierdząco kiwnął głową. – Idziemy na dół?
- Idziemy. Trzeba znaleźć Jamesa. – wychodząc Liz jeszcze raz pomyślała o tym, co wydarzyło się tego wieczoru. Nie żeby jej się nie podobało*, ale była na siebie zła, że tak łatwo uległa chwili. Co z całym planem nienawidzenia Syriusza?


      Impreza trwała w najlepsze, ale Lily i Jamesa nigdzie nie było. Syriusz i Liz rozdzielili się. Chłopak ruszył w stronę salonu, a ona kuchni. Nie miała ochoty na szukanie brata. Wiedziała, że prędzej czy później i tak dowie się jak poszło. Podeszła do lodówki i wyjęła z niej butelkę schłodzonego piwa. Nagle za plecami usłyszała czyjś głos.
- Widzę, że ktoś nie próżnował tego wieczoru.
- Słucham? – dziewczyna nadal stała odwrócona w stronę lodówki.
- Zepsuta fryzura znaczy albo o tym, że zapoczątkowujesz nową modę albo o jakiejś ciekawej przygodzie.
- Po pierwsze to już nie twoja sprawa, a po drugie nie wierzę, że taka sława jak ty zdecydowała się zagościć w moim domu. Skąd ten zaszczyt?
- Czyli mam nie wspominać o tym, kto nie odezwał się od końca wakacji i nawet nie powiedział, że zmienia szkołę?
- A ja o tym, kto olał mnie na cały miesiąc i łaził z jakąś inną dziewczyną?
- Przecież pamiętasz jaka była umowa. – chłopak złapał Liz za ramiona i odwróciła do siebie.
- Jakbyś nie wiedział, że takie umowy i tak nie wychodzą. Prędzej czy później komuś zaczyna to przeszkadzać.
- Czyli mówisz, że zaczęło ci to przeszkadzać. Idealnie okazujesz to, robiąc niewiadomo co z niewiadomo kim.
- Słuchaj ja nie mam ochoty teraz się kłócić. Idź, napij się czegoś, poderwij jakąś panienkę. Tylko zaznaczam, nie mnie. – dziewczyna wyminęła gościa i ruszyła w stronę salonu. Około pierwszej pojawili się Lily i James, ale póki co nie mieli zamiaru nikomu mówić o zaręczynach. Zainteresowani dowiedzieli się tylko, że do siebie wrócili. Oczywiście Syriusz od razu wyciągnął wszystko od Jamesa. Najpierw pogratulował przyjacielowi, a potem podniósł Lily i okręcił się razem z nią wokół własnej osi mówiąc, że niedługo będą rodziną. Jakiś czas później dopadła ich Elizabeth. Rzuciła się na brata i Evans szczęśliwa.
- Zawsze marzyłam o rodzeństwie. – zaśmiała się.
- Bardzo śmieszne. Boki zrywać siostrzyczko, ale zamiast żartować może powiesz nam co robiłaś cały…
- Cicho bądź James. Elizabeth słuchaj. – odezwała się Evans.
- Słucham, słucham. I ty braciszku też lepiej słuchaj, bo jak się chajtniecie to będzie cię uciszać jeszcze częściej.
- Kto to jest? – Lily wskazała wzrokiem na chłopaka rozmawiającego z Carmen i Aaronem.
- Jeszcze doba nie minęła, a ty już się za innymi oglądasz? – Liz odwróciła się i spojrzała na tajemniczego gościa, a z jej ust wydobył się dźwięk niezadowolenia.
- Już wiem! Moja kuzynka miała jego plakat w pokoju. Co on tu robi? – Lily i Jamesa spojrzeli wymownie na Liz, ale ta tylko bezradnie wzruszyła ramionami.

Za każdym razem, gdy ktoś mówi słowo „ostatni”, nigdy nie jest to ten ostatni. Ostatni raz, ostatni taniec, ostatni drink. Ostatni sylwester z alkoholem w roli głównej. Takie obietnice składał samemu sobie James leżący na kanapie z butelką wody w dłoni. Po drugiej stronie spała Lily, lekko pochrapując. Obok nich na fotelu siedziała Dorcas, która dostała nagłego ataku kataru. Z każdym kichnięciem ściągała na siebie coraz więcej rozgniewanych spojrzeń. Reszta przyjaciół smacznie spała w innych częściach pokoju. Inni goście wyszli około dziewiątej, naturalnie zostawiając po sobie niewyobrażalny bałagan.
- Jak ja wyglądam. – mruknęła zrozpaczona Carmen stojąca przed lustrem. – Ciekawie co powiedzieliby moi rodzice widząc mnie w takim stanie.
- Raczej co powiedzieliby moi widząc swoją córeczkę leżącą na dywanie.
- A właśnie, o której wracają rodzice? – James spojrzał na leżącą przy kominku Elizabeth.
- Wieczorem, pewnie gdzieś o ósmej. Już się nie mogę doczekać, aż im to powiecie.
- Co powiecie? – zaciekawił się wracający z kuchni Remus.
- Grabisz sobie Elizabeth Potter.
- No i co mi zrobisz Lilianne Evans?
- Nie uwzględnię cię jako organizatora.
- Och, nie odważysz się.
- Jakiego organizatora? Czego? Lily zlituj się. – lekko zniecierpliwiona już Dorcas domagała się odpowiedzi.
- James poprosił mnie o rękę.
- CO?!
- Jajco. Oświadczył mi się.
- No i co powiedziałaś?
Lily nic nie mówiąc uśmiechnęła się tylko wymownie do przyjaciółki. Nagle, jakby alkohol zupełnie z nich wyparował, Ann, Dorcas i Carmen rzuciły się z piskiem na Lily. Reszta, czyli chłopcy i Liz spojrzeli na Gryfonki z rozbawieniem, ale dołączyli do gratulowania najsławniejszej parze Hogwartu.
- Ale jeśli ktokolwiek powie rodzicom to zapewniam, że własnoręcznie tego kogoś zabiję.
- Pomijając śmiertelne groźby Lily trzeba przyznać, że ten rok rozpoczął się wyjątkowo ciekawie. – każdy na niespodziewane słowa Petera zareagował zupełnie inaczej. Lily i James spojrzeli na siebie, niczym szczęśliwe przyszłe małżeństwo, Ann z Remusem oraz Carmen i Aaron wspominali wspólnie spędzony czas, Dorcas cieszyła się z niedawnej obietnicy Matta co do jego przeprowadzki, choć tak naprawdę nie była pewna, czy to „ten jedyny”. Syriusza natomiast dręczyły wyrzuty sumienia, że po raz kolejny zrobił „to” ze swoją przyjaciółką. Choć to oczywiście nie wyszło tylko i wyłącznie z jego inicjatywy. To nie była całkowicie jego wina. Przynajmniej tak to sobie tłumaczył. Dodatkowo bał się, że Liz będzie czegoś od niego oczekiwać, a sam nie wiedział czy sprawa z Dorcas jest definitywnie zakończona. Współwinna całego zamieszania myślała o tej samej sytuacji. Jednak trapiło ją coś jeszcze. Obiecała sobie, że jeśli jeszcze raz zobaczy Daniela w swoim domu to dosłownie, skopie jego sławny rockowy tyłek.
      Pomimo, że pierwszy stycznia jest dniem idealnym do wspominania dobrych i złych chwil, poczynając na zaręczynach i nocnych przygodach, a na okropnych byłych kończąc, to zawsze, ale to zawsze po imprezie trzeba posprzątać. Jednak najważniejsze jest to, żeby nic nie mówić rodzicom!