Strony

czwartek, 5 października 2017

Rozdział 17 "Walę w tynki"

Autor: Anna M. Waldorf

Rozdział 17
"Walę w tynki"


- Zaraz zwymiotuje od tych wszystkich serduszek i wstążeczek.

- Czekam tylko, aż zaatakuje nas jakiś dzieciak w pieluszce, z łukiem w ręku. – Lily z irytacją odrzuciła w stronę Liz czerwony balon w kształcie serca. – Dzięki Bogu, że Jamesowi odechciało się takiego kiczu.

Nagle widok zasłoniła im Carmen z wielkim uśmiechem i wypiekami na twarzy.

- Patrzcie co wymyślił dla mnie Aaron. – wskazała na stojącego obok niej pierwszoroczniaka ubranego w biały garnitur z wielkim bukietem czerwonych róż w ręku.
Dziewczyny zlustrowały biednego ucznia i wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.

- No, Carmen… To bardzo… oryginalne.

- Tak, tak. I kreatywne. – Lily poparła Elizabeth ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy.

- I na pewno nie jest kiczowate. – Dorcas, która właśnie dołączyła do dziewczyn wraz z Ann nie mogła powstrzymać uśmiechu.

Rozpromieniona Carmen, a zaraz za nią jej „walentynka”, ruszyła w stronę Pokoju Wspólnego, zapewne szukając swojego jakże kreatywnego chłopaka. Kiedy tylko zniknęła na magicznych schodach, dziewczyny spojrzały po sobie i wybuchnęły głośnym śmiechem.

- A jak wasze dzisiejsze plany?

- Przypuszczam, że wszystkie pójdziemy do Hogsmeade. Najpierw kawa i ciacho, a potem zabiorą nas na kremowe piwo. Nagle, niewiadomo jakim cudem spotkamy się wszyscy razem w barze.

- Czy my jesteśmy aż tak przewidywalni? – zapytał z wyrzutem Remus siadając obok Ann i zabierając jej świeżo posmarowanego tosta. Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko rzuciła chłopakowi groźne spojrzenie mówiące „to był ostatni tost w twoim życiu”. Naturalnie Lupin nic sobie z tego nie robił i zajadał się bestialsko skradzionym śniadaniem. James na szczęście oszczędził owsiankę Lily, której to owsianki od dziecka nie lubił.

- Niestety musimy was dziewczęta zmartwić. Dumbledore odwołał dzisiejsze wyjście do Hogsmeade i musimy jakoś zadowolić się szkołą.

- Jak to odwołał? Dlaczego? Skąd o tym wiecie?
- Lily, kocie. Z tablicy ogłoszeń. A powodu nie podali, no ale to pewnie coś poważnego i złego jeśli nie chcą nam nic powiedzieć. 

Huncwoci, a konkretniej troje z nich, którzy szczycili się tytułami czyichś „chłopaków” musieli w naprawdę krótkim czasie wymyślić coś, co spodoba się ich dziewczynom. James, jako przyjaciel roku „udostępnił” Remusowi uroczą polankę, na której spędził z Lily ich pierwszą randkę. Oczywiście ostrzegł Lupina o możliwości odmrożenia sobie czterech liter, w końcu dookoła śnieg. Jednak świat należy do odważnych, więc Remus zapakował cały zapas termoforów i jak na skrzydłach poleciał po Ann. Sam James postawił na pokój życzeń. Wybór wymarzonego miejsca pozostawił Lily i dzięki temu spędzili ładnych parę godzin na wspólnej kolacji, rozmowie i tańcu do kilku wolnych kawałków. Aaron, który cały swój walentynkowy entuzjazm wykorzystał na prezent postanowił nie wymyślać nic. Spędził z Carmen cały dzień w jej dormitorium, przekupując wcześniej Liz i Dorcas dwiema dużymi tabliczkami czekolady, aby ulotniły się na parę godzin. Peter w tym czasie przeżywał swoją pierwszą w życiu randkę! Dokładnie, nie przewidzieliście się. Od dawna jego myśli zaprzątała nowa Krukonka, Marley.

Siostra Jamesa i Syriusz walentynki spędzili razem, ale oczywiście jako przyjaciele, i tak nie mieli nic innego do roboty. Ale moment! W takim razie Syriusz pierwszy raz od bardzo dawna nie spędził walentynek z jakąś nową poznaną dziewczyną. Black sam w to nie wierzył. Z początku zastanawiał się nawet, czy nie popsuje mu to jego reputacji, ale potem stwierdził, że gada jak jakaś pusta laska i chyba go pogrzało. Nie miał ochoty na nic co miało w nazwie „związek”, a tym bardziej „przelotny”. Od rozstania z Dorcas, z którą na szczęście powrócili do przyjacielskich stosunków i jakby wymazali ich związek z pamięci oraz od pamiętnej sytuacji z Mayą i rozstania Jamesa i Lily, nie spotykał się z żądną dziewczyną. Nie to, że nie próbował, ale każda, na którą spojrzał nie była wystarczająco ładna, żadna, z którą rozmawiał nie była wystarczająco zabawna, charyzmatyczna, inteligentna. Powody mogło być tylko dwa. Syriusz postanowił całkowicie zmienić swoje dotychczasowe życie, odpocząć od kobiet, zająć się nauką i jesienią po zakończeniu szkoły zacząć studiować filozofię lub coś bardziej prawdopodobnego, zakochał się i to szczerze i prawdziwie. Sam jednak uważał, że Syriusz Black się nie zakochuje, a Dorcas to wyjątek potwierdzający regułę. Wtedy jednak przypominał sobie o Liz i całe to jego „uważam, że” zaczynało się sypać. Dalej podrywałby dziewczyny, chodził na randki, gdyby nie przyjazd Elizabeth. Najgorsze było to, że nie miał nawet z kim o tym porozmawiać, bo nikt nie wiedział, o tym co ich łączyło.

Po godzinie spędzonej w kuchni, obładowani słodyczami, które dostali od skrzatów, Syriusz i Liz wracali do Pokoju Wspólnego.

- No ja mam nadzieje, że podzielicie się tym łupem.

 Dorcas, która pojawiła się jakby znikąd zabrała połowę zapasów Syriuszowi i ruszyła w stronę wieży. Chwilę później Łapa i Liz siedzieli już na nieco zużytych kanapach i ogrywali Meadowes w mugolskie karty.

- Słuchajcie, chyba mam fula… nie… karetę!

- Dorcas, ale my gramy w makao…

Pod wieczór zaczęła dołączać do nich reszta przyjaciół. Dorcas, nadal nie potrafiła odróżnić damy od króla, a jej cierpliwość powoli zaczynała się kończyć. Wiadome było już, że zabawa się skończyła, kiedy oskarżyła Lily o trzymanie asa w rękawie.


- Ludzie powinni nazywać ten dzień prędzej „walę w tynki” niż jakieś walentynki. Wszyscy się wtedy zachowują jakby serio ostro przywalili w jakiś mur. – Lily obserwowała właśnie parę, która dość nieelegancko okazywała sobie uczucia przy jednym ze stolików. Syriusz zamyślił się na chwilę i widać było po nim, że intensywnie o czymś myśli.

- Ja to raczej wtedy walę w tyłki. – wyszczerzył się, a Lily posłała mu pełne politowania spojrzenie, Carmen walnęła go ramię. Reszta zareagowała na to parsknięciem śmiechem i wzrokiem mówiącym „jakim cudem nadal się z tobą przyjaźnimy”.


Parę dni później wszystko wróciło już do normy. Liz, która wracała z biblioteki nagle potknęła się, ale na szczęście upaść nie pozwoliły jej czyjeś silne ręce, które trzymały ją w pasie. Spojrzała w górę i dostrzegła parę szmaragdowych oczu, które wręcz hipnotyzowały ją spojrzeniem. Nieznajomy chłopak, wciąż uśmiechając się, pomógł jej z powrotem stanąć na nogi. Posłała mu pełen wdzięczności uśmiech, a jej policzki lekko zaróżowiły się.



- Jestem Ian. – chłopak wyciągnął dłoń w jej stronę i obdarzył ją rozbrajającym uśmiechem.

- Liz.

- Wiem. – parsknął śmiechem, jednak kiedy zauważył jej pytające spojrzenie kontynuował. – Mimo, że jesteś w Hogwarcie od października to nadal wszyscy o tobie mówią.

- A co takiego o mnie mówią?

- Wszyscy są ciekawi, czy jesteś podobna do Jamesa i jaki jest powód zmiany szkoły.

- Ciebie też to ciekawi?

- To wszystko to twoja prywatna sprawa i ludzie nie powinni się w to mieszać, ale wiadomo, są ciekawscy i nieco wścibscy. Mnie osobiście bardziej ciekawisz ty i to nie w porównaniu z Jamesem. – Liz uśmiechnęła się do niego i już chciała pożegnać się i ruszać w stronę Pokoju Wspólnego, kiedy zauważyła, że Ian ponownie otwiera usta. – Może chciałabyś spotkać się kiedyś w jakiś przyjemniejszych okolicznościach? – zadając pytanie przejechał nerwowo ręką po swoich blond włosach i zaczął intensywnie się w nią wpatrywać. – A mówiąc „kiedyś” mam na myśli „teraz”. - Od jego spojrzenia przeszedł ją przyjemny dreszcz, który ostatni raz odczuła w sylwestrową noc. Posłała mu szeroki znaczący uśmiech i razem ruszyli w stronę błoni.







3 komentarze:

  1. Ja nadal tu jestem i czekam na więcej ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej mam nadzieję że będziesz jeszcze dodawać. Na tego bloga trafiłam całkowicie przypadkiem i zainteresowała mnie jego historia

    OdpowiedzUsuń